Pochwała życia

Życie jakie jest, każdy widzi. Jednak prawdziwa maestria artysty ujawnia się, gdy umie wyciągnąć prawdy z codzienności, opisać problemy będąc uwięzionym w ramach rzeczywistości, a zarazem wciągnąć odbiorcę. Tekst będzie próbował analizować dzieła literackie i filmowe ocierające się treścią i/lub formą o przyziemność. Rzucam na ruszt Polaka, Holendra i dwóch Jankesów.

KARPOWICZ

6d523915-9f54-4292-9053-574a0ff1f90b

Foto: Wojciech Kusiński/PR

Czy Karpowicz pasuje do tego zestawienia? Jego historie próbują znaleźć oparcie w rzeczywistości i są to historie zwykłych ludzi. W „Sońce” słyszymy opowieść młodości staruszki Sońki. Opowiada ona o wydarzeniach kształtujących jej życie – miały one miejsce podczas II Wojny Światowej i od tego czasu w jej życiu nie działo się wiele więcej. Od momentu kiedy jej istnienie zostało zdefiniowane przez burzliwe zdarzenia, Sonia spędza cały czas zajmując się drobnym gospodarstwem. Jak gdyby zatraca się we wspomnieniu i staje się osobą całkowicie bierną i pogodzoną z prozą życia.
W „Gestach” następuje również podsumowanie, ale bardziej w jego całości. Zarazem jest to analiza zrobiona przez osobę stosunkowo młodą, więc jest bardziej szczegółowa i dokładna. Poznajemy takie intymne kwestie bohatera jak pierwsza miłość (najważniejsza dla niego), relacje z matką, codzienna monotonia, wspomnienia z dzieciństwa, ulubione książki, postaci itp. Karpowicz stara się ukazać poezję życia, którą każdy może znaleźć w sobie samym.

BAKKER

581

FOTO MARK KOHN © Mark Kohn

Powieść Gerbranda Bakkera polecał właśnie Ignacy Karpowicz i tak poznałem „Na górze cisza”. Sądząc po rekomendacji można spodziewać się podobieństw u tych autorów i słusznie. Obaj napisali książki powolne i podsumowujące życie – „Gesty” można łatwo przyrównywać do „Na górze cisza”.
Wydukane, niedokończone męskie wypowiedzi, naznaczone głęboką bezsilnością i skrępowaniem uczuciami – to cechuje główne postaci w powieści Bakkera. Na podobną modłę poprowadzona jest narracja, która z początku męczy i mierzi, ale po czasie dodaje przejrzystości i atmosfery niedopowiedzeń – odważny i udany zabieg. Powieść jest pełna opisów spokojnych, zwyczajnych czynności związanych z utrzymywaniem gospodarstwa i opieką nad umierającym ojcem. Sama historia również wydaje się bardzo prosta i klasyczna – mężczyzna po śmierci brata musiał rzucić studia w Amsterdamie i przejąć jego rolę na gospodarstwie rodzinnym, dożył starości jak wyżej wspomniana Sońka zajmując się zwykłymi rolniczymi problemami, mieszkając ze znienawidzonym ojcem. Jego zgorzkniałość wzięła się z bierności jaką wykazywał przez całe życie, pozwalając innym decydować za niego. Fabuła jednak staje się bardziej skomplikowana, gdy doda się kolejne zmienne – opowiada o tym, jak nasz protagonista dostaje w prezencie od byłej narzeczonej zmarłego brata okazję do poprowadzenia przez chwilę konformistycznego życia, jakie w jego wypadku mogło być tylko szczytem marzeń. Rita daje mu bowiem pod opiekę własnego syna, uważając, że nauczy się pokory i spokoju na dalekiej, holenderskiej wsi. I w końcu Helmer, zamiast podglądać sąsiadkę i jej dzieci przez lornetkę, dostaje własną, osobliwą namiastkę rodziny. Aczkolwiek uwaga (!!), nie napisałem jeszcze o najważniejszym – Helmer i jego brat Henk byli identycznymi bliźniakami, a ponadto oddany pod opiekę syn został nazwany po zmarłym. A więc: chłopak jest tragicznym i nostalgicznym przypomnieniem i zarazem oswojeniem Rity ze stratą miłości życia i jest oddany pod opiekę sobowtóra, ponieważ pierwowzorowi nie było dane zająć się jej dzieckiem. Powieść na szczęście daje sporo czasu na oswojenie się z tym szaleństwem pomiędzy chrząknięciami i przerzucaniem siana, w przeciwieństwie do mnie. Bakker stara się również, aby książka była nudnawa – daje spore sceny sprzedawania bydła, obserwowania kajakujących chłopców lub kupowania telewizora. Wszystko po to, żeby czytelnik mógł mieć choćby mgliste wrażenie, że patrzy w lustro.

UPDIKE

140428_r24941-1200.jpg

Irving Penn / © Condé Nast

Do wybitnego Updike’a zabrałem się na opak. Zignorowałem cykl o króliku i wziąłem się za zbiór opowiadań „Łzy mojego ojca” i powieść „Farma”. „Łzy…” są ostatnim opublikowanym przez niego dziełem, co rzuca się w oczy w treści niemal każdego z opowiadań. Bohaterami są starsi mężczyźni, którym zbiera się na nostalgiczne wspominki. Updike podobnie jak twórcy powyżej opowiada o momentach kluczowych w zwykłym życiu, zmieniających jego oblicze. Co najmniej kilka z opowiadań dzieje się wręcz na spotkaniach klasowych, gdzie bohaterowie opowiadają wprost o ważnych chwilach młodości. Jest też mowa o kochankach, wychowaniu i chwilach, w których człowiek rozumie kruchość cielesnego więzienia i ludzkiej egzystencji samej w sobie w obliczu Absolutu, Wszechświata, Boga czy pustki. Pojawia się też dość spore opowiadanie o wydarzeniach z 11 września w Nowym Jorku, z kilku perspektyw.
„Farma” jest jedną z pierwszych powieści amerykańskiego zdobywcy Pulitzera, wyszła w 1965 roku. Akcja zaczyna się gdy Joey Robinson przyjeżdża z nową żoną Peggy i jej jedenastoletnim synem Richardem (chyba raz wspomniany został jego wiek, co było momentami bardzo mylące) na matczyną farmę. Na 100 stronach teoretycznie nie dzieje się wiele, pokazywane są relacje pomiędzy matką i synem, mężem a żoną, matką a inną matką, matką i innym synem, synem jednej matki z synem innej matki itp. Niektóre sytuacje Updike na siłę musi doprawiać kłótniami w obawie przed utratą uwagi czytelnika, co nie było konieczne i momentami sztuczne. Największym atutem wydawały mi się przenikliwe analizy ludzkich zachowań, gestów – rozbieranie ich na części pierwsze, jak gdyby były oczywiste i wręcz nudne. Od razu kojarzy się z genialną Munro, której również takie analityczne obnażenia nie sprawiają trudności. Narratorem jest Joey, więc pojawia się również kilka odważnych i trafnych spostrzeżeń odnośnie seksualności i ról płciowych. Fabuła jest powolna i oscyluje wokół prostych codziennych zajęć na amerykańskiej farmie.

„PATERSON” JARMUSCHA

paterson-paterson-film-paterson-movie-paterson-fil21
„Paterson” reż. Jim Jarmusch. Golshifteh Farahani i Adam Driver

W ostatnich latach amerykańscy twórcy filmowi głównego nurtu nabrali chęci do kręcenia filmów bardziej naturalistycznych w treści i/lub formie, na przykład „Manchester by the sea”, „Zjawa”, „Boyhood”, „Still Alice” (W Polsce na przykład „Ida”, która zdobyła właśnie amerykańskiego Oscara). Jednak film, który wybija się na pierwszy plan niemal gloryfikuje zwykłość, bowiem nie do końca – Jarmusch dorzuca sporą szczyptę poezji jako alternatywy prozy życia. Mowa tu o „Patersonie”.
„Paterson” podzielony jest na dni, w których teoretycznie nie dzieje się zbyt wiele – można powiedzieć, że samo życie. Facet idzie do pracy, wraca, je obiad, idzie z psem, pije piwo i tak na co dzień. Jednak Jarmusch pokazuje, że życie tym samym wcale nie jest nudne. Właśnie drobne wydarzenia i przeżycia pomiędzy głównymi punktami dnia dodają wesołości, absurdu, dramatu czy smutku.
Główny bohater pragnie takiego spokojnego życia. Mimo talentu poetyckiego (będącego motywem przewodnim filmu) nie zamierza publikować swoich wierszy, nie planuje ich nikomu pokazywać – one są w końcu jego osobistą gloryfikacją życia zwyczajnego, w którym on odnajduje się perfekcyjnie. Jego pozytywnie zakręcona żona dodaje równowagi jego stateczności i sprawia, że nigdy się nie nudzą, a elementów komediowych dostarcza niezdarny, tęgi pies. Film zręcznie pozwala nam wejść w intymność ich życia, przez co łatwiej utożsamić się z postaciami, te w zamian pokazują pozornie nudne zdarzenia codzienności jako kwintesencję. Główny bohater z namaszczeniem, rytualnie odbywa czynności dające mu przyczepność do rutyny i zorientowanie się we własnym życiu – ta przesadność może być spowodowana jego przeszłością w wojsku, co reżyser tylko napomyka mimochodem. Postaci drugoplanowe są wadliwe i nieco stereotypowe na powierzchni, tak jak w rzeczywistości – Jarmusch znalazł idealny środek. Odważa się również umieścić w filmie elementy komedii, utożsamianej przez wielu z fikcją, jak gdyby nie istniała poza wyobraźnią. Stąd wcześniej wspomniany pies, szef głównego bohatera czy postaci w barze.
Ważna jest również powtarzalność – monotonia życia, zaznaczona wielokrotnie, acz subtelnie. Jarmusch powiedział, że „kocha wciąż powracające wersy w poezji, strukturę kompozycji Bacha, multiplikowane obrazy na płótnach Andy’ego Warhola”. Dlatego zdecydował się na formę powtarzających się dni tygodnia, różniących się nieco. Zwraca także uwagę na dualizm – Paterson mieszkający w mieście Paterson, powtarzające się identyczne kwestie, robienie kopii wierszy i bliźniaki. Jednak przede wszystkim chodzi o dualizm człowieka przedstawiony poprzez świat codzienny i świat poezji w życiu protagonisty. Bez jednego nie ma drugiego – poezja opisuje nudę, monotonię, pudełka zapałek, miłość – życie jest wodą na młyn, dwa światy w życiu człowieka uzupełniają się, a nie istnieją niezależnie. Analogicznie Paterson i żona Laura równoważą się swoimi przeciwnościami, co jej zabrania zbyt daleko ulecieć głową w chmury, a jemu zamknąć się w swoim świecie.
Wyżej wspomniane dzieła opowiadają o wydarzeniach pozornie zwykłych, jednak niezwykłych w kontekście istnienia przeżywających je jednostek. „Paterson” natomiast jest filmem, który na piedestale stawia właśnie zwykłość i jest jej apoteozą.

Historie przyziemne aby naśladować życie zjadacza chleba stawiają na powiew nudy i brak dynamiki. Dodatkowo na naturalizm, absurdy, smutek i surowość. Wygląda na to, że taka jest właśnie recepta na symulację życia i ciężko się nie zgodzić. Pozostaje jedynie bombardowanie zmysłów i patersonowa ucieczka przed absurdyzmem. Oby jak najmniej nieudana.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s