„Dzikość serca” Davida Lyncha z tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego roku

wildatheart3

Rozumiem, że mam rozumieć, że „Dzikość serca” Davida Lyncha z 1990 roku została stworzona w ramach sztuki dla sztuki. Rozumiem w takim razie zachwyty współczesnych mu krytyków i pewnie zasłużoną Palmę. Lynch próbował wtedy rewolucjonizować główny nurt kina. Dzięki temu w 1990-ym trwale utrwalił swoją pozycję jako naczelnego postmodernisty Ameryki. Film jest w końcu pastiszem, parodią i luźną zabawą z gatunkiem kryminału, kina drogi, thrillera, romansu itp. Lynch przetarł szlak dla kolejnego postmodernisty gatunkowego i zgrywusa Tarantino. Jednak gdy fetyszysta stóp robił swoje dzieła w sposób bardziej poukładany i przyjemny, rozczochraniec w „Dzikości…” chciał zrobić postmodernizm na maxa. Lynch jaki jest, przecież wiemy, nastawiony mniej na komercję, bardziej na sztukę. Tarantino wie natomiast, że kino ma być przede wszystkim rozrywką.

W „Dzikości serca” mamy w przeciwieństwie do „Pulp Fiction” wydarzenia przedstawione chronologicznie, lecz z dwoma masywnymi, bezpardonowymi przeskokami. Lynch rezygnuje również z klasycznej narracji i prowadzenia akcji. Ciąg zdarzeń jest dość chaotyczny, często niezrozumiały, a fabuła czasem trywialna, ckliwa, niezdarnie balansująca na granicy jawy i snu. Postaci są albo groteskowe, albo przerysowane i archetypowe do bólu, przez to prześmiewcze. Taki sam efekt zresztą tworzy szatkowanie fabuły. Lynch nie trzyma rąk na biodrach w tańcu i bez wahania odkrywa mocne karty. Film otwiera szalona scena tłuczenia faceta na śmierć gołymi pięściami, a Willem Defoe wchodzi na scenę w otoczeniu wywijających ciałem otyłych kobiet, gdzieś na zapleczu prowincjonalnej Ameryki. Wydaje mi się, że Lynch śmieje się również z samego siebie i jego analityków, choćby sceną umorusania się szminką przez jedną z postaci, czy piskliwy bełkot faceta w barze. Czy naprawdę ma tam być jakiś symbol, albo drugie dno? Jeśli tak, to płytkie, czyli według mnie nie.

Postać Dafoe również nie gwiżdże na psa w tańcu i nie idzie na kompromisy. Jest szalony i nieobliczalny i jest w moim mniemaniu największym atutem filmu. Analogicznie Nicolas Cage nie daje sobie w kaszę dmuchać i jego wariactwo bardzo się przydaje. Jednak proszę sobie wyobrazić jakby zamiast niego był klasyczny lynchowy Kyle MakLaklaklkl, którego wariactwo grałoby pierwsze smyczki. Albo jakieś niezręczne, albo takie jak na końcu pierwszego Twin Peaks, czyli niepokojące. Mi, jako fanowi Maklakla, by to bardzo odpowiadało.

Tak czy śmak, muszę zgodzić się z tym co myślę, że Tarantino uważa. Kino to rozrywka i pod tym względem trzeba film rozliczyć. Czy dobrze się bawiłem na „Dzikości serca”? Hmmm… Wiesz co? Raczej nie. Na końcu tak. Mhm, tak. I też w momentach, gdy Dafoe świrował na ekranie, np. w pokoju z Laurą Dern czy na końcu w banku. Poza tym troszkę przysypiałem. Wiem jaki był zamysł filmu i teoretycznie nie powinno się być może go tak rozpatrywać, ale myślę, że jest to błędne myślenie. Da się zrobić sztukę i zarazem rozrywkę, co sam Lynch robił przecież wielokrotnie. Jednak tym razem wziął na barki za ciężki orzech. Chciał zrobić film będący postmodernistycznym pastiszem, a przez to w zamierzeniu zły, zarazem dodając swoje ukryte lynchyzmy, który miałby jeszcze mimo bycia złym i dziwacznym być ciekawy. Moim skromnym zdaniem nie udało mu się w pełni.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s