Boże Ciało

(są spoilery)

Przed seansem „Bożego Ciała” spodziewałem się zdecydowanie innego filmu, ale bynajmniej nie jestem zawiedziony. Wręcz przeciwnie, im dalej od seansu, tym bardziej doceniam podjętą drogę – przyziemną, nie metafizyczną, przedstawiającą zjawiska będące podstawą i siłą religii w ogóle: rytuał, koncepcję absolutu, wspólnotę, czy przeżycie duchowe.

Może to zabrzmieć paradoksalnie, ale najbardziej uwierała mnie zbyt uporządkowana przez Pacewicza fabuła. Tragiczny wypadek samochodowy idealnie spina wszystkie możliwe do poruszenia wątki, które poza niego właściwie nie wychodzą. Niby wszystko fajno, ale fabularnie spłaszcza to historię i sprowadza całość do swojego podstawowego celu – pokazania duszpasterstwa. Trochę to zbyt idealne, trochę to zbyt zwięzłe.

Warto też przyjrzeć się samemu tematowi, w kontekście dzisiejszego obrazu Kościoła w Polsce, utożsamianego coraz częściej z, powiedzmy, obiektywnym złem, bardziej niż dobrem (mówiąc o tych zagadnieniach w kontekście teologicznym – realizmu aksjologicznego). W filmie Komasy pokazane jest, jak to powinno być, czym jest prawdziwe duszpasterstwo, jaką rolę odgrywać powinien i zapewne w bardzo wielu miejscach odgrywa kapłan.

Jest to więc ważny głos w dyskusji o roli instancji wyższej w codziennym życiu, w czasie, kiedy Zachód laicyzuje się, lecz nie wie, w jaką stronę się zwrócić. Pozornie nie trzeba zwracać się w żadną stronę, lecz ta aksjologiczna pustka tworzy w życiu wielu ludzi olbrzymią dziurę, a tym samym generuje strach przed bezcelowością i trywializacją ludzkiego życia. Idea istnienia jakiegoś absolutu odpowiedzialnego za sankcjonowanie obiektywnego dobra jest wielu ludziom potrzebna choćby do tego, aby ukrócić spekulacje dotyczące tego, co należy czynić, a czego czynić nie należy. W tym filmie było to istotne.

Oglądając „Boże ciało”, nie trzeba jednak przyjmować, że taka idea rzeczywiście jest, zwłaszcza że widz wie, że Kościół nie zawsze czyni to, co słuszne, a reguły, które wymyśla, nie muszą być dobre; w boskości umocowane są niezależnie od ich słuszności. Chodzi o to, żeby nie mieć dylematu. Tutaj zdaje się, że świat zamknięty jest w katolicyzmie, jako w idei uniwersalnej. Pacewicz próbuje wyciągnąć religię z teologii i ugruntować ją w zdrowym rozsądku, w czynach ogólnie postrzeganych za dobre, w działaniu na rzecz społeczności, w miłości i przebaczeniu. I prawie mu się to udaje.

Zapomnijmy na razie o tym, że idea zwierzchniego absolutu nieraz służy jedynie do sankcjonowania utylitaryzmu i w ten sposób można tłumaczyć ewentualną uniwersalność i zdroworozsądkowość religii. W tym przypadku warto zauważyć, że fabuła dotyczy tego, co zgodnie jest z dogmatem, z regułą, którą ludność uważa za niezwykle ważną i istotną – w tym wypadku chodzi o pochówek (oraz modlitwę). Pozornie więc wiara jest wyjęta spoza dogmatów i reguł oraz zdroworozsądkowa, w rzeczywistości wraca sama do siebie, zamyka się w swoim systemie znaków. Ksiądz nakłania do tego, co ludziom początkowo zdaje się niesłuszne i co do czego się wcześniej sprzeciwiają. W praktyce to ludzie sprzeciwiający się pochówkowi mają pewną słuszność. To ich racje ugruntowane są w argumentach z życiowej praktyki, nawet jeśli cała dyskusja niezmiennie dotyczy reguł, dogmatów. Natomiast ksiądz wskazuje na niepodważalność reguły, jej niezmienność zależnie od innych warunków i zaznacza, że jest obiektywnie dobra, bo ugruntowana w Bogu. To ksiądz więc teoretycznie nie ma realnej podstawy argumentacyjnej i odwołuje się do dogmatu.

Szkopuł tkwi jednak w tym, że społeczność spierająca się o to, co zrobić w kontekście reguły o pochówku, która opiera się o swój praktyczny argument, mylić się może w samym argumencie. Na tym właśnie w dużym stopniu opiera się fabuła i moralna wyższość księdza. To on próbuje dociec, jak było naprawdę, kto winny jest wypadkowi, czy oskarżony potraktowany został przez ludzi sprawiedliwie.

Pewnie niepotrzebnie wchodzę w takie dywagacje, ale miałem wrażenie, że to jest swoiste clou filmu, to odwołanie się do niezwykle ważnej boskiej zasady, która jest niezmienna i dobra, podczas gdy lud błądzi, myli się i sam grzeszy, wypisując nienawistne listy. Że taka reguła i jej niekwestionowane przestrzeganie leczy społeczność, jest dobre, prowadzi do przebaczenia, miłości itp. Tylko właśnie pragnę wskazać, że Pacewicz niezmiennie zwraca się do reguły, do dyskusji, czy pochować w poświęconej ziemi, czy nie pochować w poświęconej ziemi, czy modlić się do zdjęcia w tym miejscu, czy innym. Rozstrzygając to, ksiądz leczy umysł wdowy, uwalniając ją ze zgryzoty, w którą została wprowadzona przez to, że jest osobą wierzącą, skazaną na wypełnienie reguły w konkretny sposób. Pacewicz nie gruntuje swojej racji w zdarzeniu wolnym od religii – tzn. problem pogrzebu jest autotematyczny, należałoby wyjść poza samą religię i ją, jako osobne zjawisko, uznać za słuszną i przydatną środowisku. Być może dałoby się to osiągnąć, biorąc sobie inną kwestię jako punkt sporu. Oczywiście byłby to wtedy dość kontrowersyjny film, ale moralistycznie nie byłby zamknięty wyłącznie na ludzi żyjących według reguł katolicyzmu. Oczywiście wiem, że wymagam bardzo dużo.

Tym samym mam wrażenie, że scenarzysta zamyka się w hermetycznym światku katolicyzmu – wspólnota jest u niego zgodnością w Bogu, duchowość jest u niego miłością w Bogu, realizm ontologiczny jest u niego słusznością w Bogu. Te wartości nie wychodzą poza reguły wiary katolickiej. Najwidoczniej właśnie taki był cel autora, wskazać religię jako coś, co realnie wpływa na emocje i uczucia ludzi wierzących. Jednakże nie porusza przez to nic odkrywczego, nie przekonuje do aprioryczności, nie przekonuje nieprzekonanych, jedynie może umacniać w wierze.

Świetnie przedstawione jest natomiast przeżycie duchowe. Jest w „Bożym Ciele” obcowaniem z umysłowymi koncepcjami absolutu, w których to ostatecznie umocowana filozoficznie jest wiara. Scena, w której wytatuowany i pocięty Daniel wychodzi z kościoła z nieskazitelnym Jezusem w tle to najlepsza scena filmu.

Niemniej, niekoniecznie o jakieś teologiczne dywagacje chodziło twórcom, chciałem po prostu zastanowić się nad tym, co mnie trapiło i co mi zgrzytało pod względem morału. Tak czy inaczej, „Boże Ciało” to ładny obraz duszpasterstwa, film podnoszący na duchu, wrażliwy i wzruszający, który porywa aktorstwem, postaciami i wartką fabułą. Na szczególne wyróżnienie zasługuje nie tylko Bartosz Bielenia, ale i Tomasz Ziętek, który ponownie, jak w każdym filmie, w którym się znajduje, jest zwyczajnie najlepszy na ekranie. Tym samym powstaje kolejne pytanie – czy to normalne, że najbardziej utalentowany aktor nieustannie tuła się po trzecich i drugich planach?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s