Dzień dobry, szanowny panie, słyszałem, że zajmuje się pan malowaniem domów, czy to prawda? :)

Nowym filmem Martin Scorsese cofa się pamięcią, patrzy wstecz na własne dzieła i podsumowuje swoje filmowe dziedzictwo. Nie bez powodu więc angażuje swoich ulubionych aktorów i sięga po historię gangsterską, bo mimo że jego filmografia jest różnorodna, to najbliżej mu i najbardziej znany jest właśnie z ukazywania przestępczego półświatka. Idealnym do tego sposobem było podjęcie prawdziwej historii Franka Sheerana, tzw. cyngla, czy mówiąc współcześniej, za przeproszeniem, spustu na zlecenie. Scorsese opowiada jego życie, rozpinając historię na kilka dekad. Pozwala mu to zatracać się we wspomnieniach, retrospektywach, przeplatać między sobą linie czasowe, aby zwizualizować to, czym jest de facto ten film – refleksją nad życiem, nad wspomnieniami, dziedzictwem i tym, ile to dziedzictwo jest warte.

Miałem wrażenie, że poniekąd łączy się to z samym metrażem filmu, na który składa się wiele wolniejszych, mało istotnych scen. Chcąc nie chcąc są one częścią opowieści, bo chcąc nie chcąc zostały zapamiętane i składają się na pełny obraz wspomnienia. Myślę, że takie rozdmuchanie metrażu i tym samym wypełniaczy między kluczowymi punktami fabularnymi miało na celu to, aby widz na pewno odczuł ten upływ czasu, ten ciężar pamięci, żeby wyszedł z kina z zapchaną głową, zmęczony, tak jak zmęczony był wspominający swoje życie Frank. Czas jest tu bowiem jednym z głównych bohaterów. Oczywiście nie znaczy to, że był to film nudny, wręcz przeciwnie, każdą scenę oglądało się z przyjemnością, bo miała jakiś cel, jakiś swój pomniejszy sens w budowaniu pełnego obrazu czy napięcia. Poza tym to nie film pozbawiony humoru i akcji, zarówno Zaillian, jak i Scorsese dbają o swojego widza.

„Irlandczyk” to przede wszystkim obraz gorzki, ale, szczerze mówiąc, ja tu czuję pewną nadmierną skromność reżysera. To znaczy, nie spojlerując zanadto, Scorsese krytycznie patrzy na swoje dziedzictwo, jak na coś już nieaktualnego, melodię przeszłości, opowieść staruszków albo po prostu na coś, co się już skończyło i odchodzi w przeszłość. Podczas gdy każdy jego film jest ekstrawaganckim powiewem świeżości, szeroko dyskutowanym projektem na olbrzymią skalę i to nie zmieniło się wraz z jego starzeniem się, a wręcz przeciwnie. Niezmiennie od lat 70. pozostaje jednym z najodważniejszych, najwybitniejszych twórców kina w Ameryce, którego kultowe filmy są wciąż wspominane i przede wszystkim, w przeciwieństwie do Franka Sheerana, nie starzeją się.

Już sam „Irlandczyk” jest jego wyprzedzeniem całego kina sensacyjnego o co najmniej kilka lat. Chociaż szczerze mówiąc, nie wiem, może ktoś już tak to robił wcześniej, ale sceny egzekucji w tym filmie mają wręcz wrażenie awangardowych, eksperymentalnych i znowuż – ekstrawaganckich. Szybkie, nieporadne ruchy starego faceta, kilka szybkich strzałów na oślep albo z bliska i ucieczka. Właściwie bez cięć, zbliżeń, kręcone na szerokim planie i długim ujęciu, podczas gdy samo zabójstwo trwa dosłownie sekundę. To najbardziej niefilmowe i pozbawione napięcia sceny egzekucji, jakie widziałem w życiu. Może po prostu widziałem za mało filmów i to nic nadzwyczajnego, ale na ten moment to najlepiej zrealizowane i najbardziej przerażające sceny zabójstw, jakie miałem przyjemność zobaczyć. Przede wszystkim chodzi mi o to jedno, o którym nie mogę mówić, bo nie chcę spoilerować. Więc mimo że Martin Scorsese przedstawia się w swoim najnowszym filmie, jako odchodzący w cień hegemon swojego fachu, jest on tak naprawdę tego obrazu całkowitym przeciwieństwem – zapaleńcem, który kino kocha, kinem żyje i kinem zwyczajnie się bawi.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s