Latarnicy

Nie chcę tak zaczynać recenzji, bo może być to krzywdzące dla tego skądinąd dobrego filmu, ale zdaje się, że rok 2019 jest dla mnie trochę powtórką z 2017, tj. wiele filmów, co do których miałem wielkie oczekiwania, ich zwyczajnie nie spełniło. Podobnie jest z „Lighthouse”, filmem pod wieloma względami wybitnym, lecz rozczarowującym w najważniejszych elementach.

Zacznę od zalet: jest to przede wszystkim film genialnie zagrany. Muszę się jednak do czegoś przyznać – nigdy nie byłem fanem Willema Defoe, zawsze lubiłem go za sposób grania, role, które wybiera itd., ale bodaj nigdy nie byłem pod wrażeniem samego aktorstwa, może tylko, gdy został perfekcyjnie obsadzony w „Dzikości serca” i mógł poświrować swoją wspaniałą twarzą do granic scenariusza i ambicji reżysera. Tutaj jest na szczęście bardzo podobnie, Defoe dostał idealną dla niego rolę, karykaturalnego marynarza, szarżującego monologami w każdym przystępnym momencie. Jest to moim zdaniem rola wybitnie naturalna w swojej skrajnej parodystyczności, co zdaje się nie lada wyczynem. Pokuszę się o stwierdzenie, że to być może najlepsza męska kreacja aktorska w tym roku, a przynajmniej jedna z najlepszych. Zresztą tuż za nim, depta mu po piętach i dyszy na kark młody Adonis – Robert Pattinson, który przez owego marynarza doprowadzony zostaje do coraz głębszego szaleństwa. Wspaniale oglądało się tych dobrych ludzi, chciałbym, żeby zapijaczony dialog o katolickich zakonnicach i szkorbucie nigdy się nie kończył.

Co jeszcze jest super: otóż forma. Widać dużo włożonej w film roboty, świetna jest realizacja scenografii, w tym przede wszystkim latarni morskiej i jej lampy, który zbudowane zostały od zera na potrzeby filmu. Genialną decyzją jest także podjęty niemal kwadratowy format (1.19:1), pasujący do tajemniczego nastroju filmu oraz nawiązujący do technik fotografii z epoki (tj. XIX wieku). No i film, jak dla mnie, zawsze lepiej wygląda kręcony na taśmie, w tym wypadku czarno-białej 35mm. Większość akcji dzieje się w niewielkich pomieszczeniach, co także przyczynia się do klaustrofobicznej atmosfery, ponadto Eggers chętnie filmuje od dołu lub od góry, zakrzywiając naturalny ogląd widza, lubi cięcia i zbliżenia, ale (niestety) stosuje też dość odległe, ogólne plany, które niepotrzebnie dają widzowi powietrze i wytchnienie. Generalnie w znacznym stopniu sposób realizacji koresponduje z klimatem fabuły.

Zastanawiam się jednak, czy sposób realizacji nie miał też korespondować z filmami, z których „Lighthouse” czerpać mógł inspirację, tj. starych horrorów z czasów kiedy swoje powieści tworzył Lovecraft. Jeśli to był główny powód, to ta forma nie jest tak właściwie uzasadniona. Tym samym przechodzimy do wad filmu: niewykorzystany potencjał bajędowego kiczu. Scenariusz Eggersa pozostaje na granicy realistycznej wiarygodności, horrorem sięga do ludzkiej psychiki niemal bezpośrednio, ledwie wykorzystując możliwości, jakie dałaby bardziej odważna reinterpretacja (i techniczna i literacka) starego horroru. To znaczy, ta interpretacja jest zbyt współczesna i zbyt intelektualna, zahaczająca o temat ludycznych bajań, lecz zbyt wyraźnie przekładająca je na grunt psychologii.

Dalej: coraz dalsza bezpośrednia intelektualizacja fabuły. W tym krótkim akapicie będą spoilery. Dość nagle i właściwie niespodziewanie następuje przejście z budowanego przez większość filmu wątku wyrzutów sumienia i demonów przeszłości do wątku o… Prometeuszu. To właściwie zburzenie sobie całego filmu i zrobienie puenty niemal ex nihilo. To znaczy – to ma sens i to całkiem niezły, ale ma się wrażenie, że pod sam koniec filmu została tam wrzucona całkowicie nowa fabuła, która, co prawda, mniej lub bardziej tu pasuje i ma uzasadnienie w kontekście wcześniejszych wydarzeń, które obserwowaliśmy przez cały film, ale jest jakby drugą puentą, znowuż – niepotrzebnie intelektualną, pasującą do macek kałamarnicy, walki na siekierę z demonami przeszłości i karykaturalnego marynarza jak pięść do nosa. Ma się wrażenie, jakby Eggers stał się zbyt ambitny i zrobił trzy filmy naraz, tylko żaden w całości. Mamy szczątkowy horror (film w praktyce jest dobrą komedią), niedokończony wątek rębacza Wilsona oraz wrzucony pod koniec Sz. P. Prometeusz, notabene wykoślawiony, nieoddający całkiem sensu mitu oraz, tak poza tym, tutaj zbyt spirytualistyczny w wymowie, a przez to, jak na dzisiejsze czasy zbyt odległy, w przeciwieństwie do mitu Orfeusza, który wykorzystany został w „Portrecie kobiety w ogniu”.

Cieszy mnie, że Eggers znowu podejmuje wierzenia ludyczne, strachy z ludzkich głów uzewnętrznione w legendach, mitach czy innych osadzonych kulturowo przypowieściach. Tutaj akurat scenariuszowo odleciał, choć w bardzo imponujący sposób, w taki, że od filmu ciężko było się oderwać nawet na sekundę. Natomiast realizacja ekipy Eggers, Blaschke (zdjęcia), Ford (montaż) oraz Likely (scenografia) to absolutny majstersztyk, a zarazem pasuje ona na pewnej płaszczyźnie do treści filmu. Brakuje mi takich przemyślanych adaptacji, filmów, gdzie równie wiele dzieje się poza samym scenariuszem. Wymaga to jednak tęgiego, reżyserskiego łba no i potencjału w samym scenariuszu. Marzył mi się Golden Cough dla Eggersa, ale na razie się wstrzymam i poukładam sobie ten film w głowie. Może będzie, ale spóźniony, więc Eggersie, jeśli to jakimś cudem czytasz, śmiało odświeżaj stronkę i wypatruj złota jak latarnicy tendera.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s